/// o nas w prasie
/// RP.pl o Stoliku na Chłodnej
"Stolik na Chłodnej", RP.pl, 3 marca 2010
Stowarzyszenie Film 1,2 zaprasza we wtorki o godz. 20 do warszawskiej klubokawiarni Chłodna 25. - Każdy chętny może przyjść, by porozmawiać o swoich projektach - zachęcają organizatorzy spotkań (...)
/// PISF.pl o imprezie w kinie Iluzjon
"Film 1,2: Będzie się działo", Pisf.pl, 1 marca 2010
W piątek w warszawskim kinie Iluzjon odbyło się spotkanie Stowarzyszenia Film 1,2. Grupa młodych filmowców - autorów przygotowujących pierwszy i drugi film - działa, by ułatwić debiutantom zrobienie filmu, promować twórczość młodych i zabiegać o ich prawa na rynku kinematografii. Film 1,2 skupia przedstawicieli różnych specjalności: reżyserów, scenarzystów, producentów, montażystów, dźwiękowców i innych. Do współpracy zaprasza wszystkich. (...)
Aleksandra Różdżyńska // PISF.pl
/// Stopklatka.pl o panelu "Krytycznie o krytyce"
"Co z tą krytyką?", Stopklatka.pl, 23 listopada 2009
22 listopada w warszawskim Kino LAB odbył się panel dyskusyjny "Krytycznie o krytyce". Zorganizowana przez Stowarzyszenie FILM 1, 2 debata miała na celu analizę polskiej krytyki filmowej. Dzięki zaproszonym gościom oraz szerokiemu spektrum podjętych tematów organizatorom udało się rzucić ciekawe światło na wiele różnych zagadnień. Stopklatka pragnie w nieco skondensowanej formie streścić założenia i efekty tej dyskusji.
Prowadzący panel Mateusz Werner podszedł do tematu bardzo idealistycznie i postawił sobie za cel udowodnienie, iż krytyk filmowy nie jest w obecnych czasach funkcją przestarzałą. Postawił przed sobą również kilka innych ambitnych punktów. Najważniejszym z nich, spinającym wszystkie wątki panelu w całość, było pytanie o relacje pomiędzy polską krytyką filmową a środowiskiem twórczym oraz kwestia roli krytyka w stosunku do widza. Lista założeń panelu była na tyle ambitna, że nie udało się wszystkich zrealizować, a niektóre zagadnienia jedynie zarysować, lecz panel "Krytycznie o krytyce" okazał się niezwykle ciekawą ideą, którą warto by kontynuować w przyszłości. Tym bardziej, że wczesna weekendowa pora spowodowała, że na sali nie pojawiło się zbyt wiele osób.
W pojęciu Wernera zawód krytyka filmowego jest z takich czy innych powodów nieco opacznie pojmowany w dzisiejszej Polsce. Z jednej strony krytyk jest widziany jako osoba, która jest oderwana od rzeczywistości, często niesłusznie wyżywając się na kinie stricte rozrywkowym, które i tak później oglądają setki tysięcy widzów, a z drugiej jako zręczny manipulator, który miast rzucać nowe spojrzenie na dzieło filmowe, sprzedaje jedynie własny gust, co więcej - potrafi sprzedać swoje umiejętności w zamian za pozafilmowe profity. Mateusz Werner przyznaje, że tacy krytycy funkcjonują w polskim środowisku dziennikarskim, promując dość niepokojącą tendencję, ale znajdują się jeszcze w mniejszości. Debata "Krytycznie o krytyce" miała być jednym ze sposobów na zastanowienie się nad obecnością krytyka czy dziennikarza filmowego w polskim życiu publicznym.
Krytyk Wernera musi być osobą świadomą swoich powinności, podchodzącą do swego zawodu poważnie, potrafiącą skutecznie przemawiać do widza i naświetlać mu inne drogi pojmowania dzieła filmowego. Prowadzący stwierdził również, że krytyk nie jest antagonistą, lecz najlepszym przyjacielem reżysera. Albowiem to właśnie im najbardziej zależy na tym, żeby promować dobre kino. Werner uważa, że należy uprzytomnić obu stronom tę relację i wybić z głowy jakiekolwiek konflikty, ponieważ takie podejście osłabia polskie środowisko filmowe. A jest ono i tak wystarczająco słabe, bowiem wydaje się, że poza reżyserem niewielu osobom zależy na jakości artystycznej filmu. Cała reszta machiny produkcyjnej zbyt często sprowadza się do potencjalnych zysków. To swoiste exposé, w którym zawarł to, co myśli o obecnej sytuacji w polskich środowiskach twórczych, Werner zakończył podkreśleniem tego, że wierzy w to, iż należy zmienić podejście wszystkich zainteresowanych: filmowców, widzów i przede wszystkim - samych krytyków.
Panel został podzielony na dwie części, każda miała na celu zaprezentowanie jednej ze stron teoretycznej barykady. W części pierwszej Mateusz Werner zaprosił do debaty ludzi zajmujących się pisaniem o kinie: Andrzeja Kołodyńskiego z Kina, Małgorzatę Sadowską z Przekroju oraz Lecha Kurpiewskiego z Newsweeka. Prowadzący nie tylko pozwolił im zdefiniować podejście do swojego zawodu czy stanąć w obronie własnych polityk redakcyjnych (co warto odnotować, każdy rozmówca mocno zaakcentował, iż nie odczuwa żadnych nacisków "z góry" i posiada wolną rękę w doborze tematów), lecz także dał swoim rozmówcom okazję do wypowiedzenia się na temat tego, co w ostatnich latach stało się z zawodem krytyka filmowego oraz jak zmieniło się podejście publiczności do kina. Wypowiedzi różniły się od siebie w wielu aspektach, ale każdy z dyskutantów był przekonany o tym, że rola krytyka czy dziennikarza filmowego nie jest przeżytkiem w czasach wszędobylskiego internetu.
Na pytanie, czy poważna krytyka filmowa schodzi do podziemia, redaktor naczelny Kina zauważył z optymizmem, że w dzisiejszych czasach poziom krytyki znacznie wzrósł dzięki szerokiej dostępności różnorakich narzędzi poznawczych. Andrzej Kołodyński jest daleki od pesymizmu i przyjmuje obecną krytykę jako ciekawszą, bowiem łączącą w sobie zacięcie krytyczne z otworzeniem się na potrzeby widza. Dodał oczywiście, że poważniejsza krytyka filmowa została trochę zawężona, ale to w końcu znak czasów, w których dogłębna i rzeczowa analiza musi walczyć ze skrótową informacją ogólną. Rolą krytyka nie jest już przewodzenie, ale przekazywanie intelektualnych treści w stylu, który będzie dostępny dla myślącego widza. Bowiem najgorsze, czego można się dopuścić, to zapomnienie o tym, do kogo się pisze, co zbyt często staje się udziałem ukierunkowanych na akademicki język tekstów krytycznych. Krytyk filmowy jest dla Kołodyńskiego osobą niezwykle potrzebną widzowi, gdyż wskazuje mu różne drogi interpretacyjne i osadza film w odpowiednich kontekstach, czyli coś, co ciągle jest i będzie potrzebne w podejściu do kina. Kołodyński podkreślił, że w Kinie właśnie do tego dąży - do zainteresowania widza eklektycznością podejść do opisywanych filmów przekazywaną za pomocą elokwentnego stylu. Jednym zdaniem: nie chodzi o bolesny kompromis z własnymi wartościami, a dostosowanie się do potrzeb czytelnika. Jako przykład złego myślenia o krytyce filmowej Kołodyński podał zeszłoroczny projekt internetowej Gazety Filmowej, który upadł po zaledwie kilku miesiącach właśnie dlatego, że nie był pisany z myślą o czytelnikach.
Małgorzata Sadowska natomiast prezentuje podejście nieco odmienne, z pewnością podyktowane w dużej części formą Przekroju, czyli tygodnika kulturalnego, w którym film zajmuje jedynie kilka stron. Choć zaznaczyła, że kino zajmuje wysoką pozycję w oczach redakcji, powiedziała, iż nie łudzi się co do roli krytyka filmowego w dzisiejszym społeczeństwie i woli uważać się za dziennikarza filmowego, czyli osobę, która pisze przede wszystkim na potrzeby przeciętnego czytelnika/widza niż z perspektywy filmoznawczego analityka. Na stwierdzenie Mateusza Wernera, że krytycy filmowi w dzisiejszych czasach zbytnio odpuścili, przestali przekonywać czytelników, że wiedzą i oglądają od nich więcej, słusznie zauważyła, że żyjemy w czasach, w których zmienił się model komunikacji. Krytyk nie jest już żadnym guru, który ma dostęp do wiedzy tajemnej, a ludzie nie chcą, żeby ktoś do nich przemawiał z perspektywy autorytetu. Choć ich redakcje są zupełnie różne, podejście Sadowskiej opiera się na podobnych zasadach, co Andrzeja Kołodyńskiego, czyli na zainteresowaniu widza treścią, co będzie osiągalne jedynie poprzez kompromis pomiędzy pasją dziennikarza a zapotrzebowaniami czytelników; pomiędzy tematem oryginalnym a masowym. Anonimowość internetu wprowadziła krytykę filmową w szeregi milionów kinomanów-amatorów, z których każdy ma swoją opinię o kinie. Należy w jakiś sposób zademonstrować, że krytyk czy dziennikarz filmowy z racji swego zawodu ma jednak coś wartościowego do przekazania.
Lech Kurpiewski podobnie jak Sadowska uważa się bardziej za dziennikarza filmowego. Jak sam powiedział, największą sztuką jest nie zgrywać się na autorytet, ale być dla widza partnerem w dyskusji, jednocześnie, niejako w tle, poddając mu różne konteksty do rozważania. Dla niego dobrze podana kwestia informacyjna jest najważniejsza, bowiem to ona stanowi pierwszą warstwę, którą odkrywa czytelnik. Interpretacja, jakkolwiek ważna, znajduje się dopiero na drugim miejscu. Kurpiewski nie łudzi się co do siły opiniotwórczej obecnych recenzentów filmowych, podając sztandarowy przykład polskich kom-romów, na których nikt nie zostawia suchej nitki, a i tak zbierają imponujące wyniki finansowe. Jednak stanowczo zaznaczył, że stara się wykonywać swoją pracę rzetelnie, bowiem czuje się bardzo odpowiedzialny za to, co pisze i w jaki sposób poddaje dzieła filmowe krytyce. W jego mniemaniu krytyk filmowy (w przeciwieństwie do dziennikarza) zbyt często pisze dla siebie, dla swojej własnej satysfakcji czy wyrzucenia z siebie jakichś emocji, co w obecnych czasach nie ma większego sensu. Nie można zapominać, do kogo kieruje się swoje słowa, ponieważ najważniejsza jest wiarygodność tego, co się pisze. Praca osoby piszącej o kinie z racji zawodu jest bardzo odpowiedzialna, wiąże się z nią również spory stres lub świadomość tego, że mogło się jakiś film skrzywdzić swoją pochopną opinią.
W trakcie tej pierwszej części panelu podjętych zostało kilka interesujących tematów, które warto byłoby znacznie rozwinąć przy innej okazji i w większym gronie, najlepiej przy udziale "trzeciej zainteresowanej strony" - przedstawicieli publiczności. Jednym z takich tematów była kwestia podejścia krytyków i dziennikarzy do polskiego kina, które zbyt często traktowane jest jak worek do bicia, bo skoro niemal wszyscy na nie narzekają, o wiele łatwiej je skrytykować. Mateusz Werner nie widzi w tym zjawiska marginalnego, a poważny problem, który doprowadza do sytuacji, w której krytyk patrzy z przymrużeniem oka na słabiutki blockbuster zza oceanu, by w swojej kolejnej recenzji "zjechać" przeciętny polski film za to, że jest przeciętny. Dodatkowo zauważa kolejny problem w tym, że filmy mocniej promowane w zbyt wielu przypadkach dostają na starcie plusa, ponieważ wszędzie jest o nich głośno. W jego mniemaniu doprowadza to do tracenia zaufania środowisk twórczych do krytyków i dziennikarzy, a przez to właśnie do takich wypaczeń jak fałszywa teoria o nienawiści pomiędzy tymi dwoma światami.
W drugiej części panelu Mateusz Werner zaprosił do dyskusji zarówno gości reprezentujących środowisko filmowe, jak i przedstawicieli innych obszarów dziennikarstwa filmowego. Tę ostatnią grupę reprezentowała Anna Kaplińska z Vivy!, czyli przedstawicielka "innego" sposobu pisania o filmach. Była dziennikarka Kina nie kryła się ze swoją opinią, że krytyk filmowy umarł lub znajduje się w stanie agonalnym i nie szczędziła ostrych słów w stosunku do ludzi myślących o kinie w sposób wg niej przestarzały - nazywając ich podejście dziewiętnastowiecznym. Kaplińska buńczucznie stwierdziła, że ludzie mają obecnie pod nosem tyle różnych narzędzi filmowych, że nie potrzebują czyichś interpretacji, lecz gołych faktów. Funkcje dziennikarza i krytyka przejęli kinomani-amatorzy, którzy zakładają fora internetowe i dyskutują po nocach na czatach. Doprowadziło to prowadzącego do podjęcia polemicznej rękawicy i stwierdzenia, że znikanie krytyki filmowej nie jest wcale powodem do radości, bowiem internet zezwala na nieskończoną ilość sposobów na manipulację ludzkim myśleniem. W efekcie bez pomocy osoby doświadczonej, w przypadku kina osoby krytyka, te społeczności kinomanów, którzy z taką pasją dyskutują o filmach, stają się bezbronne w starciu z działaniami zawodowych manipulatorów.
W starciu tych dwóch podejść - dziennikarstwa popkulturowego z tradycyjnym podejściem do znaczenia krytyki filmowej dla umysłów ludzkich - określił się również Piotr Dzięcioł, producent filmowy, właściciel studia Opus Film. Stwierdził, że wychował się na solidnej krytyce i zawsze ją będzie szanował, nawet jeśli nie będzie mu ona przychylna. Dzięcioł wyznał, że nie czuje się osobą z drugiej strony barykady i nie widzi rynku filmowego bez krytyków i dziennikarzy o nim piszących. Odniósł się również negatywnie do stwierdzenia Anny Kaplińskiej, że większość ludzi ma obecnie wyższe wykształcenie i radzi sobie sama z interpretacją otaczającego ich świata, w tym filmowego medium. Dzięcioł uważa wręcz przeciwnie, że ludzie bardzo często potrzebują pomocnej ręki w natłoku informacji. Tym bardziej, że nie wolno mylić krytyki filmowej z promocją obrazu. Czasopisma kolorowe o wielomilionowych nakładach, które łakną blasku celebrytów, są jedynie narzędziami promocji, wykorzystywanymi w celu zwiększenia rozgłosu. Dzięcioł ciągle jednak uważa, że jest zapotrzebowanie na prawdziwą krytykę filmową, która naświetli różne konteksty i wskaże nowe sposoby pojmowania filmów. Na koniec, z pewną dozą smutku, jeden z najlepszych niezależnych polskich producentów zauważył, że rynek dystrybucyjny został przejęty przez PRowców, którzy wielokrotnie nie nadają się do promowania filmów. I to według niego również w znacznej mierze stoi za przesłonięciem ważkości krytyki i dziennikarstwa filmowego.
Kolejnym gościem Mateusza Wernera był Tomasz Konecki, współtwórca takich hitów jak Ciało , Testosteron i Idealny facet dla mojej dziewczyny. Mówił przede wszystkim o tym, że system filmowy w Polsce jest chory, wymieniając kilka bolączek naszego rynku, jak niepraktyczne rozwiązania dystrybucyjne (przykładowo brak możliwości odpisu podatkowego), które powodują, że ludzie z prywatnego sektora boją się ryzykować pieniądze na produkcje filmów. Konecki stwierdził, że w Polsce jest kopalnia tematów, które przez kolejne dwie dekady nie zostaną w kinie podjęte przez źle pojmowane uczucia religijne czy zbyt poważne podejście do świata. Wspomniał również o tym, że polscy krytycy nie potrafią oceniać komedii na takiej samej zasadzie jak dramatów czy kina psychologicznego, ponieważ uważają je za niższą formę rozrywki. Ostatecznie jednak nie wystąpił przeciwko środowisku dziennikarskiemu, zaznaczając, że stanowi ono część skomplikowanego procesu docierania do widza. Jasne, że krytycy nie mają tak wielkiej władzy nad rządem polskich dusz jak kiedyś, ale ciągle są potrzebni, muszą się jedynie dostosować do wymogów nowych czasów.
To samo powiedziała Irena Groblewska, kobieta, która promocją "Ogniem i mieczem" wyniosła polski PR filmowy na wyższy poziom. Była ostatnim gościem Mateusza Wernera i tak jak pozostali przedstawiciele środowiska filmowego zaznaczyła, że rola krytyka filmowego nie umarła, a po prostu musi przejść mentalną transformację. Przyznała, że korupcja wśród dziennikarzy jednak istnieje i nawoływała do otworzenia się na myślenie twórcze zarówno krytyków, jak i filmowców. Wedle jej słów nie można obecnie oddzielić krytyki od promocji, bowiem ludzie piszący o filmach muszą współpracować z ich twórcami o wiele bardziej niż kiedyś. Producenci muszą w sposób rzetelny reklamować swoje filmy, reżyserzy powinni kręcić swoje dzieła mając na uwadze publiczność, do których je skierują, a krytycy i dziennikarze filmowi są w stanie kreować w jakimś stopniu opinię publiczną i otwierać oczy na nowe aspekty świata przynoszone przez kino. Groblewska mocno zaakcentowała, że krytyka filmowa powinna wrócić na należne jej miejsce, ponieważ bez osób czujących jakąś odpowiedzialność za pisanie o kinie, straci ono w pewnym momencie znaczenie.
Jak widać, ten pięciogodzinny panel dyskusyjny poświęcony roli krytyka/dziennikarza filmowego w dzisiejszej Polsce wyszedł daleko poza przyjęty początkowo zakres tematów, zahaczając o wiele problemów polskiego dziennikarstwa oraz przemian na świecie, w którym żyjemy. Prawda jest taka, że poruszona podczas tej dyskusji problematyka wymknęła się nieco spod kontroli i mógłby posłużyć za kanwę dogłębnej pracy magisterskiej albo nawet i konkretnej książki. W efekcie zabrakło ogólnej konkluzji, którą można by przedstawić jako początek szerszej debaty nad rolą krytyka i dziennikarza filmowego we współczesnym polskim życiu publicznym. Jednak nie taki wydaje się być cel panelu "Krytycznie o krytyce". To krok naprzód w temacie, który zbyt często jest lekceważony i skazywany na powolne wymarcie. I warto o nim dyskutować, bowiem konstruktywna rozmowa prędzej czy później prowadzi do jakichś wniosków lub po prostu świadomości. Osobiście problemu upatrywałbym jeszcze w jednym aspekcie, który nie został poruszony podczas panelu "Krytycznie o krytyce". Otóż tkwi on w chęciach i podejściu polskich krytyków i dziennikarzy do swojego zawodu. Jeśli one się nie pojawią, najlepsze nawet debaty i panele dyskusyjne nie będą w stanie resuscytować umierającej roli komentatora filmowego (krytyka czy dziennikarza).
Darek Kuźma
/// Telewizja Kino Polska nakręciła film
Zakończyły się zdjęcia do wyprodukowanego przez Telewizję Kino Polska krótkometrażowego filmu "Hanoi-Warszawa" w reżyserii Katarzyny Klimkiewicz.
"Hanoi-Warszawa" to historia młodej Wietnamki Ahn, która przedostaje się do Polski przez zieloną granicę. Teraz musi już tylko dotrzeć do Warszawy. Tam czeka na nią narzeczony, lepsze życie, tam spełnią się jej marzenia. Podróż Ahn przez Polskę to podróż przez piekło upokorzeń i przemocy.
Młoda dziewczyna wyrywa się brutalnym przewoźnikom i na własną rękę, bez grosza przy duszy i bez znajomości języka, próbuje dostać się do stolicy. Jednak jej narzeczony zostaje zamknięty w areszcie deportacyjnym. Samotna i zrozpaczona Ahn musi teraz zdecydować: dobrowolnie zgłosić się na policję albo walczyć o przetrwanie w obcym mieście.
Kasia Klimkiewicz w 2008 r. wygrała konkurs scenariuszowy Młode Kadry - Debiutanci, organizowany przez Telewizję Kino Polska . Zdjęcia do „Hanoi-Warszawa” trwały siedem dni i powstawały głównie w plenerach, w Warszawie (m.in. Jarmark Europa) i okolicach (Puszcza Kampinoska).
Operatorem filmu jest Andrzej Wojciechowski. W głównych rolach wystąpili: Thu Ha Mai, Michał Podsiadło, Le Thanh Hung, Przemysław Modliszewski i Klaudia Barcik. Koproducentami filmu są: Mastershot Studio, Stowarzyszenie Film 1,2 i Kasia Klimkiewicz.
Łukasz Szewczyk
http://media2.pl/media/48970-telewizja-kino-polska-nakrecila-film.html
(fot. Tomasz Michalczewski)
/// Siła integracji - artykuł w miesięczniku Kino
Powstał nowy związek filmowców, Stowarzyszenie Film l, 2, grupujące absolwentów szkół filmowych przed debiutem i reżyserów przed drugim filmem. O jego celach opowiada Marcin Wrona, wiceprezes.
Marcin Wrona: Zamierzamy skupić konkretną grupę filmowców. Ktoś, kto zrobi drugi film, automatycznie przestanie być członkiem Stowarzyszenia i zostanie Członkiem Honorowym.
Bodźcem do zawiązania stowarzyszenia było powstanie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Wydaje się nam, że powinniśmy mieć realny wpływ na jego funkcjonowanie. Oczywiście, to na początek, później zamierzamy rozszerzać działalność. Reprezentujemy dosyć duże środowisko, na zebraniu założycielskim pojawiło się ponad sto osób, rozsyłamy maile do dobrze ponad dwustu potencjalnych i realnych członków. Naszym pierwszym krokiem było spotkanie z panią Agnieszką Odorowicz, dyrektorem Instytutu. Zasugerowaliśmy kilka rozwiązań, ważnych z naszego punttu widzenia. Żeby decyzja o dofinansowaniu była bardziej miarodajna, projekty powinny być oceniane przez większą grupę ekspertów niż trzech. Może pięciu? Eksperci powinni brać udział w jednej sesji, a potem przechodzić „na koniec kolejki", żeby uniknąć sytuacji, w której od decyzji i gustu jednej tylko osoby będzie zależało zbyt wiele.
Nie podobał nam się fakt, że na liście ekspertów są osoby co prawda wielce zasłużone, ale ciągle te same. A co gorsza, nie było wśród nich młodych. Wśród stu dwudziestu ekspertów znalazło się może pięciu młodych i to już doświadczonych, jak choćby Małgorzata Szumowska, która zdążyła zrobić dwa filmy, w dodatku z zagranicznym producentem.
Zasugerowaliśmy, żeby wśród ekspertów pojawiła się mocna grupa młodych ludzi, niekoniecznie z dużym dorobkiem filmowym, ale z doświadczeniem i sukcesami w krótkim metrażu czy w teatrze albo na polu scenariuszowym.
Pani Odorowicz zgodziła się na ten pomysł, powołano dodatkowo 12 ekspertów, głównie jak się okazało spośród członków naszego Stowarzyszenia.
Magda Sendecka: Co o tyle nie dziwi, że są u was najlepsze młode nazwiska: prezesem został Sławek Fabicki, wiceprezesami ty i Andrzej Jakimowski...
Musimy odkryć w sobie talenty organizacyjne, co nie jest łatwe. W Radzie Nadzorczej jest Jacek Nagłowski i Grzegorz Pacek, w zarządzie m.in. Andrzej Czarnecki, Piotr Szczepański. W grupie ekspertów znaleźli się m.in. scenarzysta Marek Pruchniewski, Wojciech Staroń, Bartek Konopka, Marek Lechki, Anna Jadowska. Projekty filmów animowanych będą oceniać Robert Sowa, Wojciech Wawszczyk i Tomasz Kozak. Zasugerowaliśmy też, żeby w tzw. filmach trudnych (a do takich należą debiuty), producent korzystający z 90% wsparcia budżetowego miał obowiązek zatrudniania przynajmniej trzech debiutantów w charakterze szefów pionów, np. charakteryzatora, kompozytora, montażysty. Umożliwi to regularny dopływ świeżej krwi do zawodu. Tylko świeżość, tylko nowe spojrzenie mogą przyciągnąć ludzi do naszego kina: inwestorów z jednej strony a widzów z drugiej. Szanujemy mistrzów, co podkreślamy na każdym kroku, ale musimy dostać swoją szansę. A lwia część widowni to nasi rówieśnicy albo ludzie trochę młodsi od nas. Wydaje się nam, że klucz do sukcesu tkwi w porozumieniu młodych reżyserów z widownią.
Wróćmy jeszcze do oceny projektów.
Przede wszystkim postulowaliśmy jawność ekspertyz. Jawność gwarantuje możliwość weryfikacji. Być może przy ostatecznej ocenie – w sytuacjach konfliktowych, kiedy zdania są podzielone, np. 2 do 3, będzie możliwość powołania nadeksperta, który będzie miał głos rozstrzygający. To może być osoba sugerowana przez zgłaszającego projekt. Oczywiście rodzi to niebezpieczeństwo stronniczości, ale jest grupa ekspertów, którzy wydają się niezależni. Niewielu ich jest, ale myślę, że kilka takich osób można wyłonić.
Projekty filmowe niejako z definicji trudno oceniać. To przecież w dużym stopniu kwestia gustu i wyobraźni. A nie każdy reżyser-wizjoner włada pięknym literackim jęzkiem...
To rzeczywiście może być problem, zwłaszcza dla debiutantów. Nie znając tych ludzi, choćby ich etiud, trudno oceniać to, co piszą. Stąd właśnie nasz postulat, żeby debiutanckie projekty oceniały przynajmniej dwie młode osoby. Znamy się wzajemnie, mamy też inną wrażliwość niż panowie po siedemdziesiątce, inaczej patrzymy na świat i chyba mamy też lepszego czuja. Jeździmy po festiwalach na świecie i chyba lepiej wiemy, co się dzieje, przynajmniej w młodym kinie. Dlatego chcemy, żeby młodzi ludzie oceniali projekty młodych. Oczywiście, dużo zależy od zapisu projektu. Ale wydaje mi się, że jeśli scenariusz ma 5 ujemnych czy 5 dodatnich ocen, to prawdopodobieństwo pomyłki jest niewielkie.
Jakie jeszcze są cele Stowarzyszenia?
Na razie koncentrujemy się na Instytucie, bo to świeża sprawa i bardzo ważna: najbliższe miesiące przesądzą o jego działaniu na lata. Następnym krokiem będzie szukanie pozainstytutowych możliwości organizowania szkoleń, developmentu. W przyszłości chcemy też zająć się promocją zagraniczną. Bo mało kto w Polsce zdaje sobie sprawę, że filmy wygrywają festiwale nie tylko dlatego, że są dobre, ale również dlatego, że mają dobrego dystrybutora albo agenta sprzedaży. A w Polsce nie ma ani jednego agenta sprzedaży! W tym roku w Cannes pani, która mnie oprowadzała po targach, śmiała mi się w oczy, że w Polsce, kraju z taką tradycją kina, nie ma ani jednej osoby czy instytucji, z którą można by rozmawiać o kupnie filmów.
Dobry agent sprzedaży byłby dla polskiego kina równie istotny jak struktura funkcjonowania Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Więc będziemy szukać współpracy z agentem sprzedaży i zagranicznymi dystrybutorami. Chcemy też zajmować się doradztwem, sugerować, do kogo należy pójść, kto jest dobrym producentem, kto będzie dobry do konkretnego projektu.
Najlepszym gwarantem dobrego funkcjonowania Stowarzyszenia jest fakt, że własnym działaniem pomagamy sobie. Chcemy zrobić pierwszy, drugi film. Ale chcemy, żeby te działania dotyczyły całej grupy. Nie pojedynczych osób. l dlatego z filmowców, z artystów musimy stać się organizatorami. Staramy się też przyciągać do nas producentów. To jest też duży problem, że niewielkie jest pole wyboru producenta. Pójście z debiutanckim filmem do debiutującego producenta jest sporym ryzykiem. Ale chciałbym, żeby było więcej możliwości wyboru producenta. Żeby producent miał też możliwość wybierania nas. l żeby miał pieniądze. W tej chwili producent nie ma swoich pieniędzy, nie może zainwestować w reżysera czy scenarzystę, może zrobić dokładnie to samo, co reżyser: iść do telewizji i przedstawić projekt albo szukać dofinansowania gdzie indziej.
Natomiast wszystkie projekty składane do PISF mają być składane wspólnie z producentem. To znak, że musimy nawzajem siebie szukać: producenci reżyserów i odwrotnie. Jesteśmy sobie potrzebni.
A więc szansa na integrację środowiska?
Główną funkcją stowarzyszenia jest funkcja integracyjna: młodzi ludzie mają kolejne miejsce, gdzie mogą się spotkać, gdzie nie stoi nad nimi starszy i bardziej doświadczony twórca, tak jak w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich. Oczywiście chcemy współpracować ze wszystkimi istniejącymi organizacjami, które chcą pomóc kinu, młodemu zwłaszcza, ale jakoś tak jest, że niewiele osób zapisuje się do Koła Młodych SFP, a nasza inicjatywa miała kolosalny odzew. Nie tylko zresztą wśród filmowców, również ludzi z DKF–ów, filmowców–amatorów, spoza Warszawy.
Uprzedziłeś trochę moje pytanie, dlaczego nie chcecie działać w strukturach Stowarzyszenia Filmowców Polskich.
Dlatego, że koncentrujemy się na czymś innym. SFP generalnie pomaga filmowcom. Koło Młodych pomaga inicjatywom służącym młodym twórcom, my się koncentrujemy wyłącznie na pierwszym i drugim filmie. Fabularny film pełnometrażowy jest wizytówką. Można go pokazać za granicą, jest traktowany poważniej niż film krótkometrażowy, niż jakiekolwiek inne formy. Ale nie szukamy konfliktów, po prostu skupiamy się na czymś innym i chcemy być identyfikowani z czymś zupełnie nowym, a nie z funkcjonującą od dawna strukturą. Chcemy natomiast w różnych sytuacjach występować razem.
Czy można należeć do obu stowarzyszeń?
Ja i kilka innych osób należymy do SFP. Nie chcemy się separować. Integracja da siłę środowisku, szukanie wojenek prywatnych, półprywatnych, nie ma żadnego sensu.
Rozmawiała Magda Sendecka
/// Młody dokument: problemy i postulaty – panel dyskusyjny Stowarzyszenia Film 1,2 podczas festiwalu filmów dokumentalnych Planete Doc Review - Film & TV Kamera - 2/2008
Polskie filmy dokumentalne, a w szczególności – filmy młodych, debiutujących dokumentalistów, odnoszą międzynarodowe sukcesy. Wystarczy wymienić takie tytuły jak „Nasiona" Wojciecha Kasperskiego, „Antykwariat" i „Elektryczkę" Macieja Cuskego czy „Kino objazdowe" i „Pierwszy dzień" Marcina Sautera. Filmy poruszające ważkie tematy, świetnie formalnie i – mimo młodego wieku ich twórców – bardzo dojrzale. Niestety większość z nich znana jest głównie festiwalowej publiczności. Emisje telewizyjne, jeśli już uda się do takich doprowadzić, odbywają się w nieprzyzwoitych wręcz porach, zaś o dystrybucji kinowej – można tylko pomarzyć.
Stowarzyszenie Film 1,2, które powstało w 2005 r., i którego celem jest wspieranie debiutantów filmowych (autorów pierwszego lub drugiego filmu), zorganizowało panel dyskusyjny, na który prócz członków Stowarzyszenia (reżyserów, montażystów, producentów) zostali zaproszeni m.in. Jerzy Bart, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej d/s ekonomicznych i organizacyjno–prawnych, a także Jerzy Kapuściński - dyrektor nowopowstałego Studia „Młodzi i Film" im. Andrzeja Munka. Zastanawiano się, jak zmienić tę paradoksalną sytuację i jakie są główne problemy, z którymi borykają się dziś debiutanci.
W pierwszej kolejności przedstawiono istniejące możliwości dofinansowania produkcji, czyli programy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, specjalne inicjatywy, które funkcjonują po to, aby finansowo, organizacyjnie i merytorycznie wspomóc debiutujących filmowców („Pierwszy Dokument", „30 Minut", Studio „Młodzi i Film" im. Andrzeja Munka), a także przeanalizowano sytuację na rynku telewizyjnym.
Z oczywistych względów głównym miejscem dystrybucji filmu dokumentalnego jest i będzie, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, telewizja. W tej chwili prócz TVP (program 1 i 2, TV Polonia), dokumenty produkuje także HBO i TVN Historia. Wprawdzie Jerzy Bart z PISF podkreślał rosnące znaczenie nowych mediów (video on demand, telewizja mobilna, dystrybucja w Intemecie), które należy uwzględniać, ale które na razie nie będą w stanie zastąpić w tym zakresie telewizji, czyli przede wszystkim TVP. O niezdrowych zasadach funkcjonowania tej ostatniej napisano już tomy. Do najważniejszych problemów należy tendencja do zawłaszczania praw przez telewizję publiczną. W zeszłym roku doszło do tego, że PISF oprotestował 16 umów podpisanych przez TVP z producentami. Znalazły się w nich zapisy, których Instytut, który miał dofinansować te produkcje, nie mógł zaakceptować. Chodzi oczywiście o kwestie powrotu praw do producenta po okresie 5. lat, której to zasady TVP nie chciała respektować.
Kolejnym problemem było kwestionowanie, zwłaszcza w programie TVP1 wysokości kosztorysów. Film dokumentalny traktowano tam na równi z produkcją reportażu i podważano ilość dni zdjęciowych, honoraria dla reżysera, operatora, dźwiękowca. Zdaniem Jerzego Barta, kilkumiesięczne negocjacje przyniosły efekty. Prawa mają wracać do producenta po okresie 5. lat. Telewizja nie będzie zastrzegać sobie wyłączności na interaktywnych polach dystrybucji. Organem właściwym do opiniowania wysokości kosztorysów będzie Agencja Filmowa TVP, z nowym dyrektorem Sławomirem Jóźwikiem na czele. Kosztorys zaopiniowany przez PISF jako prawidłowy, nie będzie mógł zostać podważony. Każdy projekt umowy, przed podpisaniem w TVP, będzie opiniowany przez PISF. – Już w tej chwili przeszły przez moje ręce projekty 30. takich umów – mówił Bart. – Muszę powiedzieć, że TVP dotrzymała w nich niezbędnych warunków. Dodał także, że z racji warunków natury formalnej, niemożliwe było dotąd stworzenie stosownych zapisów, które regulowałyby oficjalnie stan rzeczy. Powstaje pytanie, na ile rozwiązania tego typu mogą funkcjonować na zasadzie dżentelmeńskiej umowy? Z drugiej strony – oficjalne porozumienia były Już tak często łamane i obchodzone, że być może słowo dane przez dżentelmenów będzie więcej warte. Podobne ustalenia mają zostać zawarte z telewizją TVN.
Kolejną sprawą, nad którą pracuje PISF wraz ze środowiskiem filmowym, jest kwestia funkcjonowania kin studyjnych i lokalnych. 29. maja odbędzie się w Instytucie spotkanie, którego tematem będzie cyfryzacja kin. Przejście na projekcje cyfrowe, w związku z nieporównywalnie mniejszymi kosztami kopii filmu jest ogromną szansą na kinową dystrybucję filmów dokumentalnych i animowanych.
Spore emocje uczestników wzbudził temat eksperckich ocen wniosków składanych do PISF o dofinansowanie produkcji i developmentu. Dyskutanci jednogłośnie zgodzili się co do faktu, iż możliwość utajnienia nazwiska przez opiniującego eksperta sprzyja wielu niezdrowym sytuacjom. Niewielkie środowisko filmowe, z którego powoływani są przez ministra kultury eksperci, podzielone jest na pewne grupy interesów i sympatii, co niejednokrotnie ma wpływ na jakość ocen. Ekspert przyjmujący nominację ministra, powinien być gotów podpisać się własnym nazwiskiem pod sformułowaną przez siebie opinią. Jak się okazuje – póki co, tylko nieliczni eksperci nie zastrzegają swoich danych osobowych. Wprowadzenie jawności nazwisk ekspertów będzie jednym z postulatów, z jakim Stowarzyszenie Film 1,2 zwróci się do PISF.
Kolejnym będzie stworzenie specjalnego programu dofinansowania produkcji pełnometrażowych filmów dokumentalnych. W związku z rozkwitem tego gatunku, jaki ma miejsce w Zachodniej Europie od co najmniej 8 lat, co potwierdził obecny na panelu dyrektor festiwalu Doc Review Artur Liebhart, Polska kinematografia powinna stworzyć równie dogodne lub chociaż zbliżone warunki produkcji długich dokumentów, jak te, na jakie mogą liczyć filmowcy z Niemiec, Danii czy Kanady. Pełnometrażowe dokumenty nie tylko wspaniale funkcjonują tam na międzynarodowych festiwalach, ale także – mają regularną dystrybucję kinową. Oczywiście ich produkcja wiąże się z dużo wyższymi kosztami i wymaga o wiele dłuższego czasu realizacji. Dyrektor Bart stwierdził, że jak dotąd do Instytutu wpływa bardzo niewiele takich projektów. Z drugiej strony – trudno się dziwić, że nie pojawiają się one zbyt często, skoro są traktowane na równi z projektami krótkometrażowymi, chociaż względem nich powinny być stosowane częściowo inne kryteria.
Temat ten wywołał kolejną kwestię problematyczną, a mianowicie dysproporcję między kwotami wnioskowanymi na produkcję, a kwotami faktycznie przyznawanymi. Zdaniem obecnych na panelu producentów – częstokroć dzieje się tak, że mimo iż film otrzymał dotację, jest ona na tyle niska, że nie jest możliwa realizacja filmu. Jak zauważył Jerzy Kapuściński, być może wyjściem z tej sytuacji byłoby dofinansowywanie mniejszej ilości produkcji większymi środkami. Producenci sygnalizowali również problem wynikający z faktu, iż PISF nie może wystawić listów intencyjnych na dofinansowanie projektu, dla którego producent poszukuje koproducentów zagranicznych. Brak promesy tego typu sprawia, że prezentowanie projektu na najważniejszych targach, czyli w Berlinie i Rotterdamie, staje się praktycznie bez sensu. Andrzej Bart podkreślał, że PISF nie jest i nie może występować jako producent filmowy, i że jest instytucją, która jako ostatnia dofinansowuje projekt. Niemniej jednak istnieje możliwość wsparcia koprodukcji dzięki współpracy, którą PISF nawiązał z analogicznymi instytucjami kinematografii w innych krajach.
Kolejne możliwości dla dofinansowania produkcji otwierają się także przed młodymi filmowcami w związku z rozwojem regionalnych funduszy filmowych. W tej chwili jest ich 8, docelowo ma powstać 16, czyli po jednym w każdym województwie. Sporo miejsca poświęcono także utworzonemu w marcu Studiu „Młodzi i Film" im. Andrzeja Munka. Studio wzorowane na dawnych zespołach filmowych będzie producentem i koproducentem debiutów fabularnych. Studio Munka będzie realizowało także filmy z programów „Pierwszy Dokument" oraz „30 Minut". Działalność studia finansowana jest ze środków PISF (4 mln rocznie), ministra kultury (2 mln), SFP (1 mln), a także TVP (4 mln). „Pierwszy Dokument" działa przez cały rok – rada programowa na bieżąco czyta wszystkie napływające projekty. Program skierowany jest głównie do absolwentów szkół filmowych, ale nie tylko. Jego celem jest produkcja 10-15 minutowych dokumentów, które będą w pełni filmami autorskimi (rada odrzuca projekty filmów biograficznych, reportaży etc.). Budżet na produkcję filmu to ok. 45 tyś. zł (nie licząc wkładu producenta wykonawczego – do 30%).
Jerzy Kapuściński zaprasza wszystkich młodych twórców do udziału w Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film" (17 – 21. czerwca 2008 r.). Celem festiwalu Jest stworzenie jedynej w kraju platformy młodego kina.
IGR
• Stowarzyszenie Film 1,2: www.film12.org.pl
• Festiwal Debiutów Filmowych „Młodzi i Film": www.mif.org.pl
• Programy SFP dla młodych i debiutujących twórców: „30 Minut", „Pierwszy Dokument", „Młoda Animacja", Laboratorium scenariuszowe. Szczegóły: www.sfp.org.pl
• Program informacyjny Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej „Pierwsze Ujecie": www.pierwszeujecie.pisf.pl
/// Film 1,2 - Film & TV Kamera - 1/2006
Na pomysł założenia Stowarzyszenia „Film 1,2" wpadli dwaj reżyserzy Andrzej Czarnecki i Jacek Nagłowski, przedstawiciele - rzecz ważna - dwóch pokoleń filmowców. Doszli do wniosku, że niezależni twórcy potrzebują wsparcia. Że trzeba stworzyć system, który dawałby szansę wejścia w zawód filmowy jak największej ilości młodych ludzi i wyławiania najzdolniejszych z nich. Stowarzyszenie chciałoby uczestniczyć w tworzeniu takiego systemu, a zarazem promować młodych reżyserów, producentów, operatorów, scenarzystów, kierowników produkcji, montażystów. Na tę inicjatywę z przychylnością spojrzało zarówno środowisko, jak i Polski Instytut Sztuki Filmowej w osobie dyrektor Agnieszki Odorowicz. Pod koniec zeszłego roku doszło do spotkania grupy inicjatywnej kilkudziesięciu młodych twórców, opracowania statutu Stowarzyszenia i wyłonienia zarządu, w którego skład wchodzą: Sławomir Fabicki, Marcin Wrona i Andrzej Jakimowski. Ustalono także, a może przede wszystkim, znaczenie pojęcia „młody twórca". Otóż, założyciele Stowarzyszenia „Film 1,2" pod tym pojęciem rozumieją wszystkich, którzy stoją przed realizacją swojego pierwszego lub drugiego pełnometrażowego filmu fabularnego, dokumentalnego lub animowanego realizowanego poza szkołą. Stąd, jak łatwo się domyślić, pochodzi i nazwa stowarzyszenia. Członkiem Stowarzyszenia może zostać każdy, kto nie zrealizował jako producent wiodący, reżyser, autor zdjęć, autor scenariusza, montażysta lub w innej kategorii zawodowej jako szef pionu więcej niż jednego pełnometrażowego filmu fabularnego, animowanego lub dokumentalnego, współfinansowanego ze środków publicznych. Statut przewiduje sytuację nie znaną w innych stowarzyszeniach – w momencie zrobienia drugiego filmu, członek rzeczywisty „Film 1,2" staje się automatycznie członkiem honorowym, ustępując miejsca debiutantom. Wśród celów stowarzyszenia jest m.in.: doprowadzenie do powołania odrębnej komisji oceniającej projekty pierwszych i drugich filmów przy Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, prowadzenie regulacji, które umożliwią wejście na rynek nowym producentom, pozyskanie pieniędzy na szkolenia scenariuszowe, reżyserskie i operatorskie, ułatwienie przepływu informacji pomiędzy młodymi twórcami filmowymi i dzięki temu integrację tego środowiska, reprezentowanie interesów filmowców w kraju i za granicą, w szczególności poprzez ochronę praw autorskich, działanie na rzecz rozwoju i promocji polskiej sztuki filmowej oraz współdziałanie w tworzeniu inicjatyw zmierzających do wszechstronnego rozwoju sztuki filmowej, działanie na rzecz współpracy międzynarodowej w dziedzinie kinematografii. Oczywiście można byłoby zapytać, czy w sytuacji, gdy filmowcy mają już swoje stowarzyszenie, powstanie nowego nie będzie rodzić konfliktów. Andrzej Jakimowski uważa jednak, że wszelkie działania na rzecz ujednolicenia rozbitego środowiska przyniosą tylko pozytywne skutki, których praktycznym wyrazem będzie ułatwienie możliwości zrobienia w Polsce filmu. A że pomysł nie jest konfliktogenny świadczy chociażby to, iż wielu członków „Filmu 1,2" należy równocześnie do Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Stowarzyszenie „Film 1,2" ściśle współpracuje z Polskim Instytutem Sztuki Filmowej. Dyrektor Agnieszka Odorowicz otrzymała kilka propozycji dotyczących działania Instytutu:
– stworzenie piątej grupy ekspertów oceniających projekty debiutów i drugich filmów,
– losowanie pięciu ekspertów do oceny projektu filmowego, którzy nie powinni wracać już do ogólnej puli eksperckiej, aż do jej wyczerpania,
– zagwarantowanie jawności opinii tych ekspertów,
– zastosowanie wymogu angażowania przynajmniej trzech debiutantów jako szefów pionów w ekipie realizacyjnej przy projektach pierwszego/drugiego filmu ubiegających się o dofinansowanie kwotą do 90% budżetu, przeznaczenie w budżecie PISF 25–40% środków na realizację debiutów i drugich filmów. Pierwsza z propozycji już znalazła oddźwięk. Dyrektor Odorowicz powołała dodatkowo 12 ekspertów zasugerowanych przez „Film 1,2". Są to: Sławomir Fabicki, Marcin Wrona, Andrzej Jakimowski, Bartek Konopka, Wojciech Staroń, Piotr Szczepański, Anna Jadowska, Marek Pruchniewski, Marek Lechki, Robert Sowa, Wojciech Wawszczyk, Tomasz Kozak.
(al)
Wszystkie informacje dotyczące Stowarzyszenia „Film 1,2", warunków członkostwa, druki deklaracji członkowskich można znaleźć na stronie www.film12.org.pl
Strona:

